• Najlepszy Internet w okolicy!!! Zadzwoń 436564384.

×

Ostrzeżenie

JFolder::pliki: Ścieżka nie jest folderem. Ścieżka: /home/infotydz/www/images/stories/16_04/24_florian.
×

Uwaga

There was a problem rendering your image gallery. Please make sure that the folder you are using in the Simple Image Gallery plugin tags exists and contains valid image files. The plugin could not locate the folder: images//stories/16_04/24_florian

2016 04 24 19 40 00Na remizie w Pyszkowie wisi figurka św. Floriana. Jest ona hołdem złożonym strażakom przez ks. Bogdana Nowackiego, proboszcza parafii NMP Królowej Polski w Pyszkowie.

Na remizie w Pyszkowie wisi figurka św. Floriana. Jest ona hołdem złożonym strażakom przez ks. Bogdana Nowackiego, proboszcza parafii NMP Królowej Polski w Pyszkowie. Figurkę tą ufundował on w 2011 r. z okazji 130 rocznicy powstania OSP we wsi.
Początki OSP w Pyszkowie tak opisuje Gazeta Świąteczna z 1882 r. w nr 95 (pisownia oryginalna):
We wsi Pyszkowie, siedm wiorst od Złoczewa, dziedzic tamtejszy, p. Kobierzycki urządził straż ogniową, która całą okolicę od wielkich strat przy pogorzelach ochrania. Składa się straż ta z ośmdziesięciu ludzi, a wchodzą do niej nie tylko oficjaliści i służba dworska miejscowa, ale i zuchy chłopaki z przyległych wsi. Nie jest ona umiejscowiona w Pyszkowie tylko, ale ma cztery oddziały, każdy zaś oddział we wsi innej jest pomieszczony, z narzędziami, zaprzęgiem i wszystkiem tem, co do ratunku trzeba. Każdym oddziałem kieruje kto inny, to jest trzyma nad nim komendę przy wyjeździe i przy niesieniu pomocy, a co dzień należy do niego dogląd, żeby wszystko było w porządku. Głównym naczelnikiem jest sam p. Kobierzycki, a ma zapewne i zastępcę na ten wypadek, jakby się zdarzyła pogorzel pod nieobecność jego. Sam też p. Kobierzycki i własnym kosztem sprawił jedną wielką sikawkę, sześć pompek mniejszych, trzy beczki do wody, ośm bosaków, topory, wiadra, łopaty, - słowem to wszystko, co jest niezbędne dla ratunku przy pogorzeli. Zajął się p. Kobierzycki urządzeniem straży tak umiejętnie i z usilnością taką, że w krótkim czasie prostych chłopów tamtejszych wykierował na dobrych strażaków ogniowych. Mieliśmy dowód tego niedawno, przy dwóch pogorzelach we wsi Dąbrowie, gdzie straż pyszkowska wielkie oddawała usługi; uratowała ona część siana i to z palącej się już sterty, oraz przerwała ogień od przejścia na inne budowle, z objętych płomieniem stodół włościańskich. - „Takich straży więcej, mówi piszący stamtąd, - a mniej klęsk będzie od ognia, któremu tak często podlegają wsie nasze." - Aż miło posłuchać o takiej zabiegłości! To już prawdziwie po obywatelsku rzecz obmyślana i daj to Boże, żebyśmy z innych okolic posłyszeli to samo. Winszujemy tymczasem dobrego przykładu p. Kobierzyckiemu, zuchom strażakom jego i wszystkim wsiom, które się przyłożyły do utworzenia straży. Żeby nieść pomoc skuteczną przy pogorzeli, mało tego, że się na czas stanie z ratunkiem; lecz wiedzieć jeszcze potrzeba, jak użyć gotowej siły i gotowych narzędzi, a każdy taki strażak powinien wiedzieć znowu, jak ma wykonać komendę. Otóż i co do tego, odbywa się tam zwoływanie straży, wszystkich części razem, i z ludźmi idzie przytem taki mustrunek, jak żeby to było naprawdę przy ogniu. Chłopaki nawykają do zręczności i wprawy; gdzie z pomocą pojadą, to nie napróżno. Mają także i umundurowanie swoje, które uboższym p. Kobierzycki posprawiał. Chcielibyśmy wiedzieć o nazwiskach tych gospodarzy z Pyszkowa i innych wsi, którzy najwięcej dopomogli przy urządzeniu straży, oraz tych znowu, co są naczelnikami części, jak i o nazwiskach zuchów strażaków, którzy się odznaczyli najwięcéj przy ogniu w Dąbrowie. Chcemy te ich nazwiska wydrukować w Gazecie, żeby wszyscy wiedzieli na cały kraj, co to za poczciwości ludzie teraz są u nas. Jak się pokaże gdzie taki, to o nim powiedzą: - „O, patrzaj!.... to Pyszkowianin". 
Straż była wyposażona wówczas w: beczki, wóz rekwizytowy, dwie sikawki, bosaki, topory, pasy, kaski i bluzy i trąbka sygnałówka.
Niedługo potem pyszkowscy strażacy straży otrzymali od swego dziedzica czytelnię. Księgozbiór liczył 110 woluminów. Założono ją w dwóch pokojach we dworze. Z czytelni w każdą niedzielę i święta po południu korzystali wszyscy strażacy, oraz wielu włościan nie należących do straży. Jednak tylko druhowie otrzymali od dziedzica przywilej wypożyczania książek do domu.
Od niedawna ta czytelnia istnieje, bo dopiero 12-go listopada została otwarta, a już błogosławione jéj skutki są widoczne. Nikt teraz w święto nie zobaczy pyszkowiaka w żadnej karczmie, a o kradzieżach leśnych nie słychać wcale. Pięknie to świadczy o ludzie tamtejszym, bo widać, że dobre ziarno na poczciwy grunt trafiło, kiedy tak prędko taki plon wydaje - pisał korespondent Gazety Świątecznej.
Strażacy pyszkowscy u zarania swego istnienia założyli także chór kościelny. Weszło do niego 15 z nich. Śpiewali w niedziele i święta, tym samym uświetniając nabożeństwa odprawiane w Brzeźniu, do którego wówczas należał Pyszków.
Zdarza się nawet, że zamknięty w kozie gminnej młody strażak ze Stefanowa, usłyszawszy trąbki alarmowe, wybija dziurę w glinianej ścianie kozy i dopada sikawki, przejeżdżającej przez Barczew. Rzeka Warta nie stanowi przeszkody dla oddziału z Bogumiłowa, który, wziąwszy przewodnika z Chałupek, przeprawia się w czasie burzy przez takową, śpiesząc do pożaru w Piaskach. Ogień w Rudlicach, do którego pośpieszyła Straż Pyszkowska wraz z Złoczewską, — wspólny powrót i koleżeński poczęstunek w Złoczewie  - pisał w 1919 r. korespondent Ziemi Sieradzkiej Józef Kobierzycki.
Niedługo potem władze rosyjskie wprowadziły represje wobec pyszkowskiej OSP. Po kilku rewizjach czytelnia zostala ona zamknięta przez naczelnika straży ziemskiej Pekera. Nakazał także właścicielowi majątku rozwiązać straż ogniową.
Wybrał się tedy młody naczelnik straży do Warszawy i z W. Biernackim poczęli deptać po urzędach, aby ocalić byt straży ogniowej. Zaczęto od Kornilowa, zarządzającego kancelarją gen.-gubernatora, z którym odbyto konferencje i złożono podanie o posłuchanie u Hurki. Wyfrakowani delegaci stanęli u progu zamku naszych "królów" i wśród szpaleru czerkiesów przeszli do podłużnej sali poczekalnej, gdzie już wielu interesantów oczekiwało swej kolei, ustawiwszy się skromnie pod ścianami. Wtem podbiegł jakiś dyżurny urzędnik, a dowiedziawszy się, że to "pomieszczik" ma sprawę, przeprowadził delegatów do wielkiej sali i polecił zająć miejsce. Barwny tłum przechadzał się w tej sali: generałowie, dygnitarze świeccy., obwieszeni suto orderami, popi długobrodzi i długowłosi — wszyscy tworzyli zespół ciekawy i oryginalny, a wśród nich kręcili się urzędnicy, przybrani we frakach o złotych guzikach, lub służba carska, zdobna w szerokie lampasy, na których widniały dzierzące złotem dwugłowe orły. Do delegatów na sali przysunął się znów młody urzędnik z zapytaniem, w jakiej sprawie przybyli, i odebrał z rąk ich podanie, które począł czytać, gdy zaś doszedł do punktu, gdzie napisano, że na urządzenie straży ogniowej wydano przeszło 2,000 rb. uprzejmie się uśmiechnął i rzeki: "Proszu Was, gospoda, sadities!" Dłuższy czas ze zdenerwowaniem zebrani oczekiwali na przybycie jego ekscelencji, nagle drzwi główne z trzaskiem się rozwarły i w nich ukazał się mężczyzna dobrej tuszy, średniego wzrostu w zielonym mundurze o twarzy, zdobnej w siwe gęste bokobrody, którego razem otoczyli obecni na sali, — a równocześnie do naszych delegatów dopadł urzędnik, który odebrał od nich prośbę i powiódł ich przed oblicze władcy "priwislinja", któremu krótko objaśnił, o co chodzi. Zwrócił się teraz Hurko do delegatów i, dobrotliwie uśmiechając się, wysłuchał kilku słów, wygłoszonych w języku urzędowym przez W. Biernackiego, którego obdarzył uściskiem ręki i zapewnieniem: "razsmotrim eto dielo." Posłuchanie było skończone, a władca przeszedł do pierwszej sali, gdzie z obecnymi mniej dobrotliwie się obchodził, wymyślając nieraz głośno biedne matki, proszące o litość nad ich "nieblagonadieżnymi" synami. W miesiąc później przyszła na prośbę o zatwierdzenie straży odpowiedź odmowna, głosząca, że tylko w miastach gubernialnych, a wyjątkowo w powiatowych dopuszczalne są instytucje straży ogniowych ochotniczych; rozżalonemu zaś Witoldowi B. oświadczył naczelnik powiatu, że przecież, jako prywatny człowiek, może jeździć zawsze do ognia - relacjonuje starania pyszkowskich strażaków o zmianę decyzji korespondent Ziemi Sieradzkiej.
Straż pyszkowska ponownie odrodziła się dopiero w niepodległej Polsce. Pierwszym w odrodzonej Polsce naczelnikiem w gminie Barczew Stefan Kobierzycki, właściciel Pyszkowa, a prezesem poseł sieradzki, Tadeusz Puławski, właściciel Dąbrowy Wielkiej.
Długo jeszcze potem starsi mieszkańcy wsi wspominali owych Honciów, Ruszkowskich, Torbińskich, Rybackich, Siemińskich, Nowaków, Pośpiechów i Bartnickich, co ongi z zapałem garnęli się do straży, nie szczędząc trudu i oddania się sprawie.

jm

{gallery}/stories/16_04/24_florian{/gallery}

 

 

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież